DrukujDrukuj

Dworek na Węglinie we wspomnieniach i dziś (zdjęcia)

Autor:
MartaC
Węglin Rok 1924. Dożynki

„Ocalenie pamięci o Węglinie obiecałam mojej matce – jednej z prawnych jego spadkobierczyń. Jestem to winna również mojej ciotecznej, jedynej, jaką znałam, babci Marii Sobieszczańskiej, kobiecie wielkiej klasy i energii. A także ciotecznemu dziadkowi Zygmuntowi Sobieszczańskiemu herbu Rogala, człowiekowi o wysokiej inteligencji, kulturze, patriocie, społecznikowi, bibliofilowi, miłośnikowi teatru” – to słowa Ewy Hulley, która spisała i wydała wspomnienia swojej matki pt. „Węglin. Okres okupacji niemieckiej 1939–1944. Wspomnienia”.

Ocalić od zapomnienia

– Po raz pierwszy pojechałam z mamą do majątku w 1956 roku – wspomina Ewa Hulley. – Poszłyśmy przez park, pod dwór już zdewastowany i wtedy zobaczyłam, że moja mama płacze. Ona każde wakacje i czas wojny spędziła w majątku Węglin. Kiedy już była starsza i schorowana, wspominała tamte miejsca, ludzi i wydarzenia. Postanowiłam to wszystko spisać, żeby ocalić pamięć o latach, które zabrały lub zmieniły życie mojej rodziny, przyjaciół, znajomych.

Majątek Węglin należał do Marii i Zygmunta Sobieszczańskich. Był wzorowo zarządzany, prowadzili go ludzie wykształceni z ogromną wiedzą i praktyką rolniczą. On w młodości odbył praktykę w majątku Zamoyskich w Kozłówce i później wiele poznanych tam zasad i innowacji wprowadził w Węglinie.

Okupacja

Jak wspomina Barbara Kieraga,matka Ewy Hulley, 16 września 1939 roku do majątku dotarł pierwszy oddział piechoty Wehrmachtu. Niemiecki major oznajmił, że zajmują Węglin na swoją kwaterę. Zdziwił się przy tym, że gospodyni doskonale mówi po niemiecku, na co Maria Sobieszczańska odparła, że to język Goethego i Schillera. Ostatecznie, Niemcy zajęli część dworu. Major przy tym poprosił Sobieszczańskich, by zabezpieczyli cenny księgozbiór i zabrali swoje meble z tych pomieszczeń, w których niemieckim żołnierzom zbudowano prycze.

– Dlaczego mama o tym mówiła? Jak pokazało życie, z niektórymi Niemcami można było koegzystować – zauważa Ewa Hulley. – Ten zresztą okazał się Austriakiem. Kiedyś zaprosił dziadków na swoje urodziny, ale kiedy odmówili, nie spotkały ich żadne represje. Także młodzież z dworu w ogóle nie rozmawiała z Niemcami, choć znała język. W czasie okupacji wszyscy pracowali: każdy miał jakiś obszar gospodarstwa pod opieką. Mama zajmowała się ogrodnictwem, ciocia Krysia drobiem, młodzież miała przydzielone zadania i obowiązki.

U Gomułki

Koszmar zaczął się później z chwilą, gdy przyszła tak zwana wolność. Po wkroczeniu Armii Czerwonej do Lublina zaczęły się napady i kradzieże. Jak wspomina matka Ewy, przed dworem politruk zbierał ludzi, podburzał ich i krzyczał – „Wykurzyć te sowy, tyle lat piły naszą krew i wyzyskiwali”. Spalono książki z biblioteki Zygmunta Sobieszczańskiego. Niszczono meble i szklarnie. To, czego nie ruszyli Niemcy, dokładnie w 6 tygodni zniszczyła nowa władza.

Matka pani Ewy wspomina: Ciocia pojechała do Lublina, do Bieruta. Przyjął ją Władysław Gomułka, od sierpnia 1944 członek Biura Politycznego PPR w Rządzie Lubelskim. Przedstawiła się jako właścicielka Węglina. Gomułka powiedział: „Wiem, kim jesteście, wiemy o was wszystko”. Ciotka prosiła, abyśmy mogli pozostać w małym domku z ogrodem na terenie czworaków ze względu na stan zdrowia męża. Odmówił. Powiedział, że wujostwo dostanie zezwolenie na zamieszkanie w Lublinie, bo „nie kumotrali się z Niemcami i dzielili się przydziałami z robotnikami rolnymi”.

Wypędzenie

Przy ulicy Pierackiego (I Armii Wojska Polskiego) był hotel „Polonia”, w którym po wejściu Armii Czerwonej mieścił się areszt. Po jego likwidacji dostała przydział na te pomieszczenia mama pani Ewy. Wzięła do siebie wujostwo: Marię i Zygmunta Sobieszczańskich. Pozwolono im na dwa wozy załadować dobytek z Węglina.

– Dwór był domem w szerokim znaczeniu – mówi Ewa Hulley. – Tu zawsze można było znaleźć schronienie i radę. Dotyczyło to nie tylko rodziny, lecz także przyjaciół i pracowników. Na lojalność niektórych można było liczyć. Kiedy w 1944 roku zaczęły się napady, babcia razem z zaufanym ogrodnikiem panem Simińskim zakopała cenne przedmioty, srebra, kandelabry, porcelanę. Po wypędzeniu do Lublina ogrodnik wszystko wykopał i uczciwie przekazał babci Sobieszczańskiej. Sprzedawała to po trochę i z tego żyli.

– Ja wciąż jestem otoczona przedmiotami z dworu, nadal jemy na talerzach z tamtego serwisu – mówi pani Ewa. – Byłam bardzo blisko z babcią Sobieszczańską i to ja dźwigam ten bagaż wspomnień. Jakie mam najdroższe pamiątki stamtąd? Biblia księdza Wujka wydana w 1821 roku, która jako jedyna ocalała wtedy, kiedy spalili bibliotekę we dworze i portret babci pędzla Henryka Wiercińskiego oraz pierścionek od niej.

Pozwolenie na odbudowę

Teraz, po latach starań, jest realna szansa na odbudowę majątku na Węglinie. Konserwator zaakceptował projekt odbudowy dworku. Jednocześnie trwają prace nad projektem rewitalizacji parku. – Doszliśmy do porozumienia z inwestorem i wydaliśmy pozwolenie na odbudowę dworku – potwierdza Dariusz Kopciowski, zastępca wojewódzkiego konserwatora zabytków. – Będzie to wierna rekonstrukcja. Zmianie ulegnie jedynie konstrukcja dachu, z dwuspadowego na mansardowy. Z planów inwestora wynika, że w odnowionym dworku znajdzie się pensjonat z częścią gastronomiczną.

Początek prac

Od 2004 roku majątek przy al. Kraśnickiej jest w rękach Stanisława Pawłowskiego, przedsiębiorcy z Poniatowej. Zapowiada on, że prace przy odbudowie rozpoczną się za kilka miesięcy.

– Czekałem na to osiem lat – mówi Pawłowski. – Skoro mamy już zgodę konserwatora, to możemy starać się o pozwolenie na budowę. Jeśli nie będzie z tym żadnych problemów, wiosną przymierzymy się do rozpoczęcia remontu. Na razie nie mogę dokładnie powiedzieć, jak zagospodarujemy dworek. Najpierw trzeba ochłonąć po latach ciężkiej pracy.

Z XIX-wiecznego dworku zachowały się do dziś tylko szczątki murów. Zabytek od lat popada w ruinę. Konkretne plany inwestycyjne pojawiły się dopiero w 2004 roku, kiedy majątek odkupił Stanisław Pawłowski. Przy al. Kraśnickiej miały powstać hotel, spa, centrum konferencyjne, a wreszcie centrum logistyczne. O samym dworku wspominano jednak niewiele. Konserwator zabytków nie zgodził się na tak szeroko zakrojone inwestycje. Na pierwszym miejscu postawiono renowację dworu. Dziś już wiadomo, że to tylko początek prac, jakie czekają przedsiębiorcę z Poniatowej. Do odnowienia pozostał jeszcze park, otaczający dwór.

Jak dawniej

– Stosowny projekt jest w przygotowaniu – dodaje Kopciowski. – Do tej pory skupialiśmy się bowiem na dworku. Mam nadzieję, że i tym razem dojdziemy do kompromisu z inwestorem.

W przygotowaniu projektu pomoże Ewa Hulley. Dzięki jej wspomnieniom i zebranym materiałom, możliwe będzie odtworzenie historycznego wyglądu parku. Sam inwestor już zapowiada, że z początkiem wiosny w parku ruszą nowe nasadzenia i prace pielęgnacyjne. Teren wokół dworu ma odzyskać historyczny wygląd.

Jacek Szydłowski, Maria Kolasiewicz

Twoja ocena: Brak Średnia: 4.9 (11 głosów)